Opis wyprawy na całkowite zaćmienie Słońca

Wrażenia Pawła Rogozy znad Balatonu

Wcześniej pisałem, jak doszło do zorganizowania wyprawy zaćmieniowej na Węgry. Gdy już wszystkie formalności były załatwione, przyszedł czas na wykonanie. A było to tak…

Do Katowic…

Węgry 1999 — projekt koszulki9 sierpnia o godzinie 16 pojechałem do Wrocławia. Tam miałem czekać 2,5 godziny na pociąg do Katowic. Właściwie miałem drugi pociąg, dzięki któremu miałbym na przesiadkę niecały kwadrans, ale wolałem posiedzieć na dworcu niż się spóźnić. Po półtorej godzinie przyjechał kolega z Głogowa. O 19 byliśmy na peronie, skąd mieliśmy jechać dalej. Czekała tam już reszta naszej grupy z Wrocławia, Zielonej Góry i mniejszych miast (łącznie 10 osób) oraz… setki ludzi wracających z Przystanku Woodstock w Żarach. Tego nie braliśmy pod uwagę przygotowując się do wyjazdu. Miałem ze sobą wielki plecak, w który zapakowałem statyw od teleskopu, trochę optyki, mniejszy statyw składany, różne przydatne drobiazgi, śpiwór, karimatę, ubrania i jedzenie (którego i tak nie ruszyłem przez całą wyprawę…). W jednej ręce trzymałem namiot, a w drugiej — metalową skrzynkę z rosyjskim Fotosnajperem. Łącznie mój bagaż ważył ok. 40 kg. Po chwili podstawiono nasz pociąg i rozpoczęła się szkoła przetrwania. Dwóch kolegów wyznaczyliśmy metodą "na ochotnika" do walki o miejsca. Większa część naszej grupy (7 osób) zdobyła dla siebie miejsca siedzące, a pozostałe 3 osoby zajęły miejsca w dalszej części pociągu. Bagaże podawaliśmy przez okno. Zanim ruszyliśmy, mieliśmy już 40 minut opóźnienia. Pociąg wyglądał tak, jakby w kraju trwała wojna. Ludzie siedzieli wszędzie: na oparciach siedzeń, podłodze, nawet na rurach-uchwytach pod sufitem wagonu! Jednak konduktorzy byli nieustępliwi i sprawdzali bilety.

… i dalej

W Katowicach wysiadłem przez okno i odebrałem od kolegów górę naszego sprzętu i wyposażenia. Przed dworcem byli już wszyscy, którzy mieli jechać. Autobus był zupełnie przyjemny, chociaż w drodze powrotnej mieliśmy trochę kłopotów. Wyruszyliśmy 10 minut po północy, już 10 sierpnia. Planowaliśmy dojazd do Szeged około godz. 10 rano, jednak koniec końców dotarliśmy na miejsce krótko przed 15. Na granicach polsko-słowackiej i słowacko-węgierskiej nie staliśmy zbyt długo. Przez Słowację jechaliśmy nocą i przed świtem. W Tatrach było duże zachmurzenie i zalegały liczne mgły. Na Węgrzech w ciągu dnia było coraz goręcej, ale nas oczywiście najbardziej interesowało niebo, które wyglądało dosyć nieciekawie: po upalnych dniach z błękitu nie zostało nic prócz jednolitej, szarej, cienkiej zasłony. W dodatku przed zachodem Słońca zaczęły pojawiać się cienkie cirrusy. Wtedy jednak wszyscy byli zaaferowani załatwianiem formalności na campingu, wymianą waluty, rozstawianiem namiotów i — przede wszystkim — możliwością kąpieli, z czym na szczęście nie było żadnych problemów. Następnie ruszyliśmy do miasta, aby chociaż trochę je obejrzeć i zrobić zakupy. Wieczorem niedaleko nas przeszła burza — błyskało i grzmiało co kilka sekund, ale spadło na nas niewiele kropel deszczu. Cieszyliśmy się z opadów, które — jak mieliśmy nadzieję — mogły oczyścić niebo z szarej mgiełki. Byliśmy pewni, że opady i chmury zanikną do rana. Ale rano…

Wielki dzień

…obudził mnie deszcz bębniący o namiot. Spojrzałem na zegarek — było parę minut po 7. Do pierwszego kontaktu pozostało niecałe 4,5 godziny. Odbyła się burzliwa narada co do miejsca, w które powinniśmy się udać. Najgorsze było to, że nie mieliśmy dostępu do aktualnych map pogody. Wraz z kilkoma kolegami wyruszyłem do miasta na poszukiwanie Internetu. W jakich miejscach byliśmy, kogo pytaliśmy, jak się dowiadywaliśmy, a każdy mówił co innego — długo opowiadać. Koniec końców znaleźliśmy. To, co zobaczyliśmy, lekko nas przeraziło: chmury nad całymi Węgrami, Rumunią i Bułgarią aż do Morza Czarnego, z drugiej strony to samo; gdzieniegdzie tylko niewielkie przerwy. Wróciliśmy na camping. Wracając widzieliśmy, że na północnym zachodzie prześwituje niebieskie niebo. Na ten widok serca zabiły nam żywiej :) Na campingu okazało się jednak, że inni zadecydowali bez naszej wiedzy i zgody, żeby jechać w dokładnie przeciwnym kierunku i to w dodatku oddalając się od centralnej linii pasa całkowitego zaćmienia, wskutek czego okres całkowitości skrócił się nam z 2 minut 22 sekund do około 2 minut 15 sekund. Ktoś może powiedzieć, że 7 sekund to tyle, co nic, ale przy tak krótko trwającym zaćmieniu i dla kogoś, kto widzi je pierwszy raz w życiu, jest to duża różnica.

W wybrane miejsce przyjechaliśmy kilka minut przed pierwszym kontaktem. Początkowo chcieliśmy, żeby po wyjściu tych osób, które chciały przyjechać w miejsce, w którym właśnie byliśmy, autobus zawiózł nas w wybranym przez nas kierunku północno-zachodnim, ale kierowca stwierdził, że przejazd przez miasto zajmuje co najmniej godzinę. Wobec tego zostaliśmy wszyscy. Gdy tylko nadarzyła się okazja, odłączyliśmy się (14 osób) od reszty i skręciliśmy w błotnistą drogę na łąkę. Tam rozłączyliśmy się na 2 mniejsze grupy i zacząłem szybko rozstawiać sprzęt. Założyłem kliszę i szybko zrobiłem zdjęcie "z ręki". Było 14 minut po rozpoczęciu zaćmienia częściowego. Zaraz potem kolega dostarczył mi konwerter do obiektywu, w zamian za co dałem mu kawałek mylaru - specjalnej folii do oglądania Słońca, z której miałem zrobiony filtr do robienia zdjęć. Dysponowałem zatem Zenitem 12S, teleobiektywem o ogniskowej 600 mm (2 x 300 mm), kliszą Fuji Superia 200/36, filtrem mylarowym, paralaktycznym statywem od Mizara (10 kg), małą lornetką oraz szkłem od maski spawalniczej. W zapasie miałem jeszcze Zenita 12XP, standardowy obiektyw Helios (f=58 mm) oraz slajd Fuji Sensia 100/36, ale nie wykorzystałem tego zestawu, ponieważ sytuacja z chmurami była bardzo zmienna i niepewna. W zenicie przebiegała granica czystego i zachmurzonego nieba. Niestety, Słońce było po "niewłaściwej" stronie nieboskłonu.

Kolejne zdjęcie, już z konwerterem i ze statywu, zrobiłem 39 minut po pierwszym, 53 minuty po rozpoczęciu zaćmienia częściowego, a 30 minut przed zaćmieniem całkowitym. Dużo wcześniej przygotowałem sobie dokładny plan wykonywania kolejnych fotografii, ale ze zrozumiałych względów nie mogłem go wykonać, musiałem więc improwizować. Gdy ja pstrykałem, kolega zapisywał podawany przeze mnie moment oraz parametry naświetlania. Do obserwacji używaliśmy też małej lornetki, szkła spawalniczego, mylarowego filtru i specjalnych okularów, które jednak — jak wszyscy zgodnie stwierdzili — zbyt przyciemniały Słońce, nawet w tych nielicznych chwilach, gdy całkowicie wychodziło zza chmur.

Powietrze wokół nas było dosyć spokojne, wiał słaby wiatr, było ciepło. Specjalnie na zaćmienie wziąłem z domu elektroniczny termometr, który automatycznie notuje najwyższą i najniższą zmierzoną w danym okresie temperaturę. Miałem zamiar za jego pomocą sprawdzić spadek temperatury podczas fazy całkowitej. Ale — jak to często bywa — zupełnie o nim zapomniałem.

Jeszcze kwadrans…

Gdy do początku fazy całkowitej pozostało mniej więcej 10-15 minut, zauważyliśmy stopniową zmianę oświetlenia. Widoczna część fotosfery świeciła wystarczająco jasno, by w bezchmurny dzień dawać dużo światła, ale dzień był pochmurny i to powodowało wyraźną zmianę barwy światła. Jednakże tamto światło nie ma chyba odpowiednika w żadnym innym momencie poza zaćmieniem. Wszystko lekko zszarzało, chociaż kolory przedmiotów wokół nas były nadal wyraźne. Stopniowo jednak cienie zaczęły stawać się coraz głębsze, kontury wyraziste, a barwy kontrastowe. Do fazy całkowitej pozostało kilka minut. Nadal robiłem zdjęcia. Słońce przeświecało przez szybko poruszające się chmury i czasem udawało się spojrzeć na nie gołym okiem. Z cienkiego rogalika zmieniało się w coraz węższy rąbek. Przyciemnienie krajobrazu było teraz wyraźne i postronnemu obserwatorowi nie pozostawiało wątpliwości, że coś jest nie w porządku. Zauważyły to również zwierzęta: staliśmy około 10 metrów od kurnika. Gdy rozstawialiśmy sprzęt, gdakały tak jak zwykle, co pewien czas. Kilka minut przed całkowitością były wyraźnie zaniepokojone, bo gdakanie stało się częstsze i dłuższe. A chwilę później…

"Popatrzcie tam!"

Kolejną fotografię wykonałem zaledwie kilkanaście sekund przed drugim kontaktem, gdy Słońce było już ledwo zauważalnym, ale nadal bardzo jasnym łukiem na niebie. Serce zabiło mi mocno, gdy nie mogłem przesunąć statywu o mały kawałek, żeby mieć Słońce nieco na lewo od środka kadru. W końcu się udało. Wstałem i spojrzałem na zachód. Wtedy zauważyłem wyraźnie ciemny, szeroki obiekt, przesuwający się szybko w naszym kierunku. "Popatrzcie tam!" — krzyknąłem. Patrzyliśmy na potężny słup księżycowego cienia, biegnący w naszą stronę z prędkością prawie 700 metrów na sekundę. Spojrzeliśmy na niebo. Chmury pędziły przed niemal całkowicie zakrytym Słońcem, ale cały czas widzieliśmy ostatnie fragmenty naszej Gwiazdy Dziennej. Wtedy na lewym brzegu tarczy słonecznej rozbłysnęło to, co chciałem ujrzeć: pierścień z diamentem. Mimowolnie wstrzymałem oddech. Nawet nie wiem kiedy i jak zdążyłem zrobić 3 zdjęcia. Przy trzecim usłyszeliśmy okrzyk radości ze znajdującego się niedaleko nas ogrodu botanicznego, w którym na obserwacje udało się wiele osób. Był to znak dla nas, że "tamci" już widzą to, co my ujrzymy za sekundę lub dwie. I wtedy…

Najkrótsze dwie minuty mojego życia

…po trzecim zdjęciu pierścień zniknął, a zamiast niego rozbłysnęła wspaniała korona, ograniczona chmurami. Dookoła nas zapadł mrok. Chyba dopiero wtedy wypuściłem z płuc powietrze i stałem z zadartą głową. Nie mam pojęcia, jak robiłem kolejne fotografie. Wiem tylko, że przytrzymywałem dłonią aparat, naciągałem kliszę, przekręcałem pokrętło regulacji czasu naświetlania i naciskałem wężyk spustowy. Cały czas patrzyłem w górę. W wizjer aparatu spojrzałem tylko na moment i ujrzałem wspaniałe, czerwone protuberancje. Zaraz potem obejrzałem je przez lornetkę, która krążyła przez ręce wszystkich.

Kury zamknięte w kurniku niemal zwariowały. Gdakały głośno i bez przerwy, zaś kogut piał przez cały czas. Harmider był niesamowity. Było jednak naprawdę ciemno. Zerwał się wiatr, który chwilami dmuchał mocno. Zrobiło się wyraźnie chłodniej. Usilnie szukałem Wenus i Merkurego, ale nie udało mi się ich znaleźć. Zupełnie zapomniałem o przeszukaniu nieba po bezchmurnej stronie, ale za to po chwili, gdy zaćmione Słońce niemal przestało być widoczne po zasłonięciu przez chmury, miałem czas rozejrzeć się wokół siebie. Nad niezasłoniętym przez drzewa, domy i chmury północnym horyzontem ujrzałem pomarańczowe niczym o zachodzie Słońca niebo — świecącą poza stożkiem księżycowego cienia atmosferę Ziemi. Po chwili już wszyscy podziwiali to niezwykłe zjawisko.

Korona przestała być widoczna około 40 sekund przed końcem fazy całkowitej. Kilka sekund przed trzecim kontaktem ujrzeliśmy zbliżającą się z zachodu jasność. Chmury błyskawicznie zmieniały zabarwienie, a chwilę później uderzyło w nas światło. Odetchnąłem i na nowo zacząłem robić zdjęcia. Wielkie przedstawienie zakończyło się.

Po wszystkim

Nikt z nas nie wierzył, że wszystko trwało ponad 2 minuty. Każdy przeżywał to, co widział chwilę wcześniej. Do końca zaćmienia pozostało jeszcze nieco ponad 80 minut, ale po tym, co widzieliśmy, czas wlókł się niemiłosiernie, a zaćmienie częściowe przestało być dla nas atrakcją. Wtedy dopiero przypomniałem sobie o termometrze. Całkiem zapomniałem także o szukaniu obrazów słonecznego sierpa pod drzewami rosnącymi w pobliżu. Ostatnią fotografię zrobiłem 5 minut przed czwartym kontaktem. Niebo w okolicach Słońca było już pogodne, a chmury przesuwały się na północny wschód. Gdy składałem sprzęt, było już gorąco. Kury gdakały rzadziej, za to kogut był tak zdezorientowany, że piał co kilka minut.

Wróciliśmy do autobusu i pojechaliśmy do centrum miasta. Moi koledzy tak bardzo chcieli zobaczyć zrobione przez siebie zdjęcia, że natychmiast wybrali się do laboratorium Fuji, aby zrobić odbitki. Ja z kolegą natomiast poszedłem na bulwar nad Cisą, która w 1879 roku poważnie zalała miasto. Mieliśmy w końcu czas, by trochę obejrzeć Szeged. Na obiad byliśmy umówieni z innymi na godz. 17. W wyznaczonym miejscu byliśmy nieco wcześniej. Po chwili przyszła reszta naszych ludzi. Chłopcy pochwalili się fantastycznymi zdjęciami i wpadli na pomysł, żeby zrobić więcej odbitek i sprzedawać je w centrum miasta, gdzie przez kilka dni trwał wielki festyn z okazji zaćmienia. Zrobili 50 odbitek z fazy całkowitej i sprzedawali je po 200 forintów (ok. 4 zł) za sztukę. Kłopotów ze zbytem nie mieli żadnych. Polak potrafi wszędzie zrobić dobry interes ;)

Na camping wróciliśmy po obfitym obiedzie, obładowani zakupami. Do rana trwała impreza. O 7.30 rano wyjechaliśmy w kierunku Budapesztu, w którym byliśmy przed 11. Tam zaledwie 3 godziny na zwiedzanie (jeśli można to tak nazwać…), jedzenie, ostatnie zakupy i wysłanie kartek do znajomych i rodziny. Potem w drogę powrotną.

Przez Słowację dotarliśmy do Polski. Po drodze spotkaliśmy na parkingu wyprawę zaćmieniową organizowaną przez krakowski oddział Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. Oni z kolei byli nad Balatonem i pogodę mieli podobno lepszą od naszej.

W Katowicach byliśmy kilka minut po 23. Tam część naszej wrocławskiej grupy, lepiej poinformowana (szkoda, że nie przekazali tych danych również nam…) zniknęła błyskawicznie w pociągu, który odjeżdżał o 23.15. My o tym nie wiedzieliśmy i musieliśmy czekać na następny pociąg o 2.35 z Zakopanego do Szczecina, niemożliwie załadowany ludźmi. Gdyby nie awaria autobusu w Żywcu, może udałoby nam się zdążyć. Ale nie przejęliśmy się tym zbytnio. We Wrocławiu byliśmy o 5.40, skąd dosłownie 2 minuty później odjechałem do domu. Moja wielka podróż w poszukiwaniu księżycowego cienia zakończyła się kilka minut po 7 rano. Po południu tego samego dnia odebrałem w zakładzie fotograficznym odbitki. Z całej kliszy nie udało się tylko jedno zdjęcie! Fotografie możesz obejrzeć tutaj.

I co dalej?

Teraz chyba wszyscy z naszej grupy, którzy brali udział w wyprawie, rozumieją ludzi, którzy w celu ujrzenia na własne oczy wszystkich wspaniałych zjawisk towarzyszących całkowitej fazie zaćmienia Słońca gotowi są jeździć w najodleglejsze zakątki naszego globu. Następne całkowite zaćmienie Słońca będzie widoczne w Afryce m.in. w Angoli, Zambii, Zimbabwe i Mozambiku. Kto wie, może uda się zorganizować tam wyprawę?

PS. Udało się! Możesz o niej poczytać tutaj!

[ Przygotowania do wyprawy | Sposoby obserwacji zaćmień Słońca | Zdjęcia zaćmienia | Zaćmienia w teorii ]

[ Strona główna | Podróże | Informacje techniczne | Nowości | Mapa strony | PGP ]

Ostatnia aktualizacja: 3 stycznia 2003


© 1999–2017 by Tomasz Lewicki

Dobra strona!

Creative Commons Spam Poison Valid XHTML Valid CSS2 Kubuntu PageRank